Wyspa szczęśliwa

Kiedyś wydawało mi się, że prędzej słońce zacznie krążyć dookoła Ziemi, niż ja pojadę dwa razy w to samo miejsce. Przecież jest jeszcze tyle do zobaczenia, a tak mało czasu.

Zrewidowałam ten pogląd w ciągu ostatnich kilku lat. Odkryłam, że potrzebuję jakiejś formy przynależności, więzi. Takiej, która nie ma nic wspólnego z wymiarem ludzkim czy społecznym, z etykietami, certyfikatami i aktami prawnymi. To przynależność do miejsc, w których czuję się szczęśliwiej, pełniej; to tam przebijam się przez taflę szkła, która zazwyczaj jedynie się ugina. Ja i te miejsca wyrwane z codzienności posiadamy się na nawzajem; jesteśmy razem kompletni.

Jednym z nich jest wyspa gorąca, piękna, dzika, lekko schizofreniczna – Kreta, w której stosy kubków po kawie z sieciówki wygrzewają się w słońcu w ruinach tak starych, że świadomość ich wieku prostuje zwoje mózgowe.

Ogarniam ją miłością za każdym razem głębszą i dojrzalszą, tę wyspę spaloną słońcem i porośniętą dzikim tymiankiem, którego zapach unosi się wiosną wszędzie dookoła i zawraca w głowach. Schodziłam nogi w wąwozach Gór Białych i  skakałam jak kozica po kamiennych ścieżkach nad przepaściami. Kiedyś myślałam, widzisz, że tu w tych górach prawie nic nie rośnie. Nic nie żyje. Aż do tej chwili, kiedy nagle koło moich stóp pojawił się dywanik fiołków alpejskich. I znów głupia miłość, jeszcze więcej głupiej miłości.

Teraz wszędzie zauważam życie, np. to, które przywarło na zawsze do skał, skamieniałe. Słyszę krzyk ptaków drapieżnych. Dotykam pobrużdżonej kory drzew cedrowych i oliwnych. Jem mały grejpfrut prosto z drzewa, zaskakująco słodki. Zapamiętuję teksturę kamieni. Wsłuchuję się w chrzęst żwiru po stopami.  Zaglądam do przydrożnych kapliczek, oglądam zdjęcia pięknych na zawsze młodych, obecnie ucztującymi gdzieś z na wpół zapomnianymi bogami. Pieszczę oczy łagodnym tańcem światła nad brzegiem laguny. Coraz bardziej jestem.

***

Tędy nie idź, mówi spotkana na szlaku Niemka i opowiada mi, jak 10 lat temu poszła tą dróżką, na którą ja się właśnie pcham, i zgubiła się, po czym znalazła się nad jakimś urwiskiem w towarzystwie kozicy. Dzięki, prawdopodobnie uratowałaś mi życie, bo ja bym się na pewno zagapiła z cielęcym zachwytem na tę kozę i poszła prosto w tę przepaść.  Idziemy chwilę razem rozmawiając, po czym jednocześnie milkniemy z wrażenia kiedy wąwóz nagle przekształca się w tunel z malinowych skał o fantazyjnych kształtach. Niemce iskrzą się oczy. Czytam w nich to samo, co prawdopodobnie zobaczyłabym w tej chwili w lustrze.

Zapragnęłam tak właśnie jak ona. Z plecakiem, niespiesznie. Sama. Samemu widzi się więcej, łatwiej wypuścić na wolność emocje. No i łatwiej ukryć fakt, że kondycja to słowo które dawno wyleciało człowieku ze słownika.

***

Często walczę z poczuciem duszności, z wrażeniem, że życie skurczyło się do zarabiania na rachunki. Trybik w maszynie wykonującej nikomu tak na prawdę niepotrzebne czynności w strukturze społecznej. Czasem w największym kipiszu w pracy zamykam oczy i prawie, prawie potrafię się oszukać.  Stoję na wyspie szczęśliwej, oddycham głęboko, żyję. Przez sekundę Kreta bierze mnie w ramiona i kołysze.

I czekam na powrót.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: