Okopy Stalingradu

Od kiedy jestem nieposiadaczką samochodu, wyprawy na klify to logistyczne pole minowe. Najpierw trzeba złapać pociąg, który nie zawsze przyjeżdża, a potem autobus, który nie zawsze przyjeżdża, i tu jeszcze występuje podkategoria ‘i nie zawsze zatrzymuje się na każdym przystanku’.

W autobusie zawsze trafiam na tego samego kierowcę-dziadeczka, który nie rozumie mnie, ja nie rozumiem jego, więc wszyscy są zadowoleni i zawsze rozstajemy się w przyjaźni. Dziadeczek ma kreatywne podejście do rozkładu jazdy, i kiedy już myślę, że z grubsza ogarnęłam całą sprawę, dziadeczek znów radośnie przegrupowuje elementy układanki, przekłada w czasie i przestrzeni przystanki, landmarki, ba, całe wsie; i właśnie na skutek tej jego kreatywności wysiadłam ostatnio omyłkowo o jeden przystanek za wcześnie.

No ale to przecież nie będzie żaden problem, zakrzyknęłam dziarsko, przecież jak jeździłam hondą to stamtąd to już były dwa kroki. No. Wyszło 3500 kroków, i jeszcze sobie przypomniałam doświadczalnie, że jak w tym kraju pełnym owiec i płotów wymyślisz skrót, to w konsekwencji zawsze nadłożysz drogi, a najczęściej po godzinie krążenia po okolicy znajdziesz się z powrotem w punkcie wyjścia.

Dotarłszy w końcu na początek zaplanowanej trasy poczułam, że muszę jakoś te stresujące przeciwności losu odreagować, najlepiej w jakiś rozsądny, dojrzały sposób, więc natychmiast zeżarłam wszystko co miałam w plecaczku, i jeszcze się rozejrzałam, czy gdzieś w trawie nie leży jakiś zapomniany przez kogoś batonik czekoladowy, albo dajmy na to puszka makreli w sosie pomidorowym, ale nie leżały, co ja nie wiem dlaczego, ale w życiu tak właśnie jest.

Pomyślałam, no nic, ostatecznie jak zgłodnieję w drodze, to zawsze mogę wybrać ptasie jajka z gniazd, złapać gołą ręką rybę, albo upolować sobie gryzonia, gdyby trafił się jakiś mało inteligentny i wybitnie ociężały. No zupełnie nie ma problemu. Pikuś. Napuszyłam się z dumy, że prawdopodobnie taka jestem, no taka, dzielna i zaradna, i wogle. Niestety nie dane mi było dowieść moich survivalowych umiejętności, bo w połowie trasy wlazłam w dżunglę dzikich jeżyn, i zjadłam ich tyle, że nie tylko ociężałego, ale nawet martwego gryzonia bym nie dogoniła.

A potem głównie lało i wiało, i zacinało błotem, i zasadniczo czułam się jak człowiek, który idzie w deszczu, wichrze i zacinającym błocie.

W autobusie powrotnym znów trafiłam na dziadeczka. Patrzy na mnie, patrzy, i mówi: czy mogę cię o coś zapytać? Więc ja już nabieram powietrza w płuca, żeby uprzedzić tradycyjnie pytanie o kraj pochodzenia, a dziadeczek wbija mi się w przestrzeń wypowiedzi i mówi ‚co taka ładna dziewczyna jak ty robi tu w tej nieludzkiej pogodzie?? Szkoda takiej urody’.

Tak. Tak było.

Chociaż jak tak teraz o tym myślę, to chyba jednak powiedział: ‚na litość boską, co ci się stało dziewczyno, z okopów Stalingradu wracasz..?!’.

I taki to był dzień właśnie. Fajny dzień.

Na klifie

Jedna myśl na temat “Okopy Stalingradu

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: